Mega Man – Recenzja

Niezbyt dobrze dzieje się teraz w naszym growym światku. Cięcie gier na kawałki, obowiązkowa rejestracja wydań pudełkowych na Steamie, stałe połączenie z Internetem niezbędne do gry w trybie dla jednego gracza… Nie będę nawet próbował udawać, że mi to nie przeszkadza. Wszystko to sprawia, że w gry na NES-a gra mi się z taką przyjemnością. Są one wehikułem czasu. Wehikułem, który zabiera nas w piękne dla graczy czasy. Dobry pomysł, solidne wykonanie, fenomenalna gry walność… Ech, smutno robi się człowiekowi, gdy o tym pomyśli…

Ostatnio taką podróż w czasie zapewniło mi przejście po raz kolejny pierwszego Mega Mana. Mimo pewnych niedogodności była to podróż komfortowa, zapadająca w pamięć. Po kolei jednak. Zacznijmy od fabuły. Wygląda ona następująco: W roku 200X dr Light i dr Wily tworzą pierwszego humanoidalnego robota – Protomana. Nie był on jednak pozbawiony wad, w związku z czym niedługo potem powstają Rock i Roll. Te dwa okazały się sukcesem, w związku z czym niedługo potem powstały kolejne maszyny mające wyręczać ludzi w najcięższych pracach. Za szczególne osiągnięcia w dziedzinie robotyki dr Light otrzymuje Nagrodę Nobla. Dr Wily nie zostaje wyróżniony w żaden sposób, więc postanawia przeprogramować sześć robotów, by przy ich pomocy przejąć władzę nad światem. Dr Light reaguje natychmiast. Przerabia Rocka na robota bojowego i wysyła go w pościg za dr Wily. W ten sposób powstaje Mega Man. Niestety jeśli chodzi o historię  opowiedzianą w grze, to występuje tutaj mały zgrzyt. W trakcie rozgrywki poznajemy tylko zakończenie. Całą resztę musimy poznać na własną rękę (domyślam się, że fabuła była opisana w instrukcji). A szkoda, bo jak na nesową platformówkę, historia jest całkiem przyzwoita.

Teraz pora powiedzieć co nieco o oprawie audio-wizualnej. A jest o czym mówić. Gra niezwykle pozytywnie wyróżnia się od swoich rówieśników pod względem grafiki (takie Adventure Island zostawia daleko, daleko w tyle). Wszystko wygląda tu ładnie. Od przeciwników, poprzez lokacje, aż do głównego bohatera. Kłuje w oczy jedynie ubogi ekran startowy (który w japońskiej wersji jest o niebo lepszy). Bardzo spodobał mi się za to ogólny styl graficzny, który sprawia, że gra wygląda ładnie nawet w dzisiejszych czasach. Oprawa dźwiękowa też stoi na wysokim poziomie. Wszystko brzmi jak należy; od świetnie brzmiących dźwięków, po genialnie skomponowane utwory. Zatem jeśli szukacie uczty dla oczu i uszu w stylu retro, to trafiliście pod właściwy adres.

A teraz „wiśniówka” na torcie. Rozgrywka. Gra wprowadziła kilka nowatorskich (w tamtych czasach) rozwiązań. Nr 1. To my wybieramy do którego z przeprogramowanych robotów chcemy się udać. Pozwala nam to na opracowanie swego rodzaju strategii na przechodzenie kolejnych bossów. A to dzięki temu, że każdy z nich jest podatny na inną broń, a to z kolei zawdzięczamy temu, iż po pokonaniu każdego z robocich mistrzów otrzymujemy ich bronie. Daje nam to szerokie pole do manewru. W Twoją stronę zbliża się ten przeklęty Big Eye? Nic prostszego. Wyciągam broń zdobytą na Ice Manie, zamrażam dziada, a następnie anihiluję go nawałnicą pocisków z ręcznego działka, które to jest podstawową bronią Mega Mana. Jeśli chodzi o sterowanie, to tutaj nie mam nic do zarzucenia. Jeśli ginąłem (a ginąłem często – poziom trudności jest chwilami dosyć wysoki), to miałem pretensje tylko do siebie (no i wszystkich na około J).

Mega Man, to niewątpliwie dobra gra. Mimo, iż ma kilka wad, oraz brakuje niej usprawnień z części następnych, uważam ja za pozycję obowiązkową dla każdego fana platformówek.

Autorem recenzji jest Cherny.

 

 

One thought on “Mega Man – Recenzja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.