W Paszczy Szaleństwa

Szybki Seans, Szybka Recenzja

W Paszczy Szaleństwa zaczyna się jak historia o zaginionym pisarzu, a kończy pytaniem, czy cokolwiek, co właśnie obejrzeliśmy, było w ogóle prawdziwe.

John Trent jest idealnym bohaterem takiej historii. To cynik i sceptyk, zawodowo zajmujący się wykrywaniem oszustw. Nie wierzy w duchy, potwory ani zjawiska paranormalne. Przede wszystkim nie wierzy ludziom. A potem trafia do miejsca, które nie powinno istnieć, i krok po kroku odkrywa, że rzeczywistość może być czymś znacznie mniej trwałym, niż mu się wydawało.

Carpenter bierze tutaj lovecraftowski horror i robi z nim coś kapitalnego. Potwory nie potrzebują portalu do naszego świata. Nie potrzebują armii ani żadnego wielkiego rytuału. Potrzebują… wydawcy.

Im więcej ludzi czyta książki Suttera Cane’a, tym więcej osób wierzy w opisany przez niego świat. A im więcej ludzi w niego wierzy, tym bardziej staje się on prawdziwy. Koniec świata może więc nadejść nie dlatego, że ktoś otworzył bramy piekła, ale dlatego, że książka świetnie się sprzedała.

Najbardziej podoba mi się jednak to, co film robi z samym Trentem. Przez większość historii próbuje udowodnić, że ktoś robi go w konia. Problem w tym, że każda jego decyzja, każda próba ucieczki i każdy kolejny krok mogły zostać wcześniej napisane. Gdzie więc kończy się wolna wola, a zaczyna historia, której jesteśmy tylko bohaterami?

Sam Neill świetnie pokazuje przemianę człowieka absolutnie przekonanego o własnym racjonalizmie w kogoś, komu rzeczywistość dosłownie usuwa się spod nóg.

A finał w kinie jest znakomity. Trent oglądający film o własnym życiu i w końcu rozumiejący, że nigdy nie próbował wydostać się z historii – bo od początku był jej częścią.


0 0 głos
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom
guest

0 Komentarze
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, proszę o komentarz.x